Sarek auf Polnisch

- Koci język (Katzensprache)

- Gdzie jest Heinz? (Wo ist Heinz?)

- Zen




KOCI JĘZYK


„Babcia starzeje się“, pomyślał wnuk, kiedy to babcia powtórnie spytała swojego kota, czy dostał też coś do jedzenia.
Byli u niej w odwiedzinach, na kawie, jak to określali.
Jego żona patrzała na niego i miała to weź-się-w-garść-spojrzenie, którego on u niej nie cierpiał. No pewnie, babcia miała już siedemdziesiąt pięć lat i starzy ludzie robią się dziwaczni. Jeżeli coś mu przeszkadzało, to były to całkowicie bezsensowne rzeczy.
„Postaw mu coś, to zobaczysz, czy będzie żarł“, powiedział wnuk.
Wlewał mleko do swojej kawy, trochę bojaźliwie, ponieważ obawiał się, że i tym razem mogłoby się ściąć. Jak przy ich ostatnich odwiedzinach.
    „Czy masz już kawę?“, spytała babcia i natychmiast skorygowała się, kiedy przypomniała sobie, że właśnie przed chwilą mu jej nalała. 
     „Ach, ostatnio zapominam się trochę“, zauważyła, bez żałowania samej siebie, „gdyby mi mój kot nie przypominał zawsze o tabletkach na krążenie, byłabym coraz grubsza“.
    Wnuczek westchnął cicho. Dostatecznie cicho, aby babcia go nie dosłyszała, ale wystarczająco głośno, aby złapać jadowite spojrzenie żony.
     Właściwie to miała ona zrozumienie dla reakcji swojego męża. Jako kierownik oddziału firmy komputerowej szczególnie nie znosił on nielogicznego postępowania. Przeszkadzało jej tylko, że nie mógł się pozbyć swojej niechęci nawet w obecności własnej babci. 
      “Babciu”, powiedziała dlatego, “nikt nie staje się gruby z powodu źle krążącej krwi. Poza tym, nie powinnaś się za bardzo zdawać na twojego kota, tylko postawić lekarstwa tam, gdzie zawsze możesz je widzieć, na przykład koło pilota telewizyjnego”.
      Babcia zaprzeczyła.” Zapominam zawsze, gdzie położyłam pilota”.
“Twój kot powie ci na pewno, gdzie go położyłaś”, wtrącił wnuk, jak gdyby ta wskazówka była bardzo trefna i śmieszna. 
      “Tak”, powiedziała jego babcia z całkowitą powagą i spojrzała na mnie prawie dziecięcymi, żywymi oczami, “będziecie się śmiać, ale kiedy szukam pilota telewizyjnego, zaprowadzi mnie zawsze do niego”.
      Wnuk wywrócił oczami. Mój Boże, czy będzie się kiedyś też tak zmyślało?
Jego żona kopnęła go w stopę i spojrzała na niego babcia-ma-siedemdziesiąt-pięć-lat wzrokiem. On odpowiedział jej to-nie-może-być-przyczyną-wzrokim i spojrzał na kota, który, jak gdyby całkowicie nieobecny, siedział na stoliku z telefonem i ze znudzoną miną patrzał na nich. Nie znosił kotów.
      Nie tylko dlatego, że reagował na nie alergicznie, ale nie lubiał ich przede wszystkim dlatego, że  nie biorąc w niczym udziału tak sobie siedziały i znudzenie patrzały. Kot odwzajemnił jego spojrzenie. Prawie ironiczny wyraz twarzy, stwierdził. Kiedy ten wyraz twarzy przekształcił się w pogardę, odwrócił się przestraszony do filiżanki kawy. 
     “Czy masz już kawę?” spytała znowu babcia. “No przecież”, odpowiedział tym razem z naciskiem  i lekkim rozdrażnieniem.
      “Ach, ostatnio zapominam się coraz częściej”, westchnęła babcia. “Spytaj swojego kota, czy mam kawę” pomyślał sobie wnuk.
      Kiedy się pożegnali  i drzwi mieszkania zostały zakluczone, oboje poczuli się lżej.
      “Babcia ma już siedemdziesiąt pięć lat”, zauważyła jego żona, “Ale męcząca jest przecież”, odpowiedział.
      Babcia przeniosła filiżanki do kuchni i wlała gorącą wodę do zlewu.
“Czy jesteś teraz głodna, Myszko?” zapytała zwracając się do swojego kota.
“Tak, teraz mógłbym coś zjeść”, odpowiedział ten. “Wiesz, że oni sądzą, że u ciebie jest nie wszystko w porządku z głową?”. “Tak, pewnie, wiem o tym, Myszko”, odpowiedziała babcia śmiejąc się, “ale, mój Boże, oboje są przecież jeszcze tak młodzi”.



Urlopowe zastępstwo
 

„I sądzisz, że dasz sobie radę?“ Sejong stoi ze swoimi walizkami w drzwiach, taksówka czeka na dole na ulicy, a ja wywracam zdenerwowany oczami. „Opiekowałem sie kotami, kiedy ty jeszcze robiłaś w pieluchy“. Nie wiem, czy to się zgadza, ale to brzmi przekonywująco. Sejong wydaje mi się w tym momencie, kiedy to dokładnie umalowana stoi w korytarzu przed lustrem  i czesze swoje długie włosy, do tego stopnia doskonała, że jest mi ciężko przedstawić ją sobie jako osranego niemowlaka.
„Nie chodzi tylko o to, żeby trzymać w czystości kocie toalety. Musisz też uważać, żeby one nie żarły za szybko i nie siedziały na stole a już w ogóle nie bez dozoru na parapecie. Niekiedy skaczą na dół.“
„Twój samolot. Nie zdążysz na czas.“
“Masz rację. Jadę już. Ty już dasz sobie radę.“
     Sejong daje mi delikatnego całusa. Niestety w czoło, gdzie najmniej łaskocze. Patrzę na nią z okna. Jak wsiada do taksówki i macha ręką w moją stronę. I już jej nie ma. Dziesięć dni urlopu, które zaoszczędziła sobie ze stypendium, aby po latach wyczerpującego tańca na scenie wyciągnąć wszystkie cztery na słońcu i od czasu do czasu pociągać kalpirynię. To spowodowało, że zostałem opiekunem dwóch kotów, pieca kaflowego i jakichś roślinopodobnych kwiatów, których powykrzywiane liście potrzebowały w rzeczywistości o wiele więcej słońca, niż skóra mojej z natury brązowej przyjaciółki.
      Brązowy piec kaflowy trzaska cicho, kiedy jestem znowu w pokoju. Sejong tłumaczyła mi sposób jego funkcjonowania prawie pół godziny. Otworzyć klapę odpowietrznika, wsypać węgiel do środka, potem papier do zapalenia, otworzyć okno do wietrzenia i blablabla.
 Nierówna kocia para siedzi na stole przed piecem i mierzy mnie wzrokim jak dzieci, które właśnie zamierzają spłatać figla. Nie boję się kotów, nawet jeżeli ten wielki, brązowo-szaro prążkowany, przypomina psa bojowego. Jego kumpel za to wydaje mi się zbiorowiskiem różnorakiej brązowej plasteliny z białym brzuchem. I ze zdradziecko miłym obliczem. To powinna być kotka. Według wskazówek Sejong mamy tutaj kotkę i byłego kocura. Ona mi już to wyjaśniała, ale ja nie potrafię zapamiętać żadnych twarzy, a już w ogóle żadnych kocich. Teraz, kiedy Sejong jest w drodze na lotnisko, mógłbym sprawdzić, który z tych dwóch jest kotką. Ale tak na prawdę to nie jestem pewien, czy istnieje jakaś różnica pomiędzy wykastrowanym kocurem a kotką.
A i dlaczego miałbym to zrobić? Że jeden z kotów jest dziewczyną jest tylko dlatego ważne, że ona nie została wykastrowana ani wysterylizowana, i prawdopodobnie nawet nie pasteryzowana.
„Może się zdarzyć, że ona akurat podczas twojej obecności będzie w rui.” ostrzegała  mnie Sejong po tym, jak zapewniałem ją o moich opiekuńczych zdolnościach. „Nie powinieneś być zdziwiony. Kiedy ona jest w rui, jej zachowanie jest szczególnie osobliwe. Nie zwracaj na nią uwagi, to minie z czasem”. Nie opisywała już więcej dziwaczności zachowania, a ja nie zastanawiałem się więcej nad tym. To byłby wielki przypadek, gdyby ona dokładnie w tym tygodniu, kiedy tu mieszkam, dostała miesiączkę...
      Moja teza o przypadkowości poszczególnych wydarzeń zostanie tej nocy gwałtownie obalona. Śpię na materacu Sejong, dziesięć centymetrów ponad ziemią, i śnię o kontakcie erotycznym z Chinką. Krótko po północy, dokładnie koło mojego ucha rozlega się koci wrzask i natychmiast jestem rozbudzony. Sparaliżowany wprawdzie i zdrętwiały, ale już rozbudzony. Wrzask powtarza się i wtedy jednym szarpnięciem uwalniam się ze zdrętwienia. Zapalam lampkę nocną, światło roztacza się , przede mną unosi się tylna część kociego ciała. Ogon unosi się pionowo w górę, wibrujące lędzwie opierają się na tylnych nogach, rozstawionych na boki jak u przeładowanego auta, podczas gdy przednia część jest przyciśnięta do podłogi. Teraz już wiem, który z nich jest kotką i co oznacza ta różnica. Zdejmuję czerwony materiał, który spowija lampę, ale zachowanie kotki nie zmienia się. Z jej drgającego ciała wydobywa się mruczenie, nieprzyzwoicie przyciska piersi do podłogi, podczas gdy jej wykastrowany kumpel siedzi obok niej i do rzygania znudzony, patrzy przed siebie osłupiałym wzrokiem. Od niego nie można oczekiwać pomocy. 
     Pozwalam, aby to nimfomańskie zachowanie oddziaływało na mnie przez parę chwil. Chcę być otwarty na wszystko, co nowe. Ale we mnie nie budzą się żadne tęsknoty. Jestem jednoznacznie nieodpowiednim partnerem. Zwiniętą gazetą zrzucam łajdaczkę na podłogę, ona interpretuje to przewrotnie, przewraca się ekstatycznie i układa się w takiej samej pozycji metr dalej. Gaszę światło i próbuję zasnąć, ale pięć minut później siedzi ona znów prawie na mojej twarzy.
     Muszę coś przedsięwziąć. Na szczęście jest otwarta nocna apteka tuż na rogu. Młoda apotekarka otwiera po dzwonku małą szklaną szybę w drzwiach.
„Czy mogłaby mi pani dać zastrzyk uspokajający dla kotów?”
„Proszę?”
„Moja kotka jest w rui. Chcę dać jej zastrzyk.”
„To nie jest takie proste. Po pierwsze nie prowadzimy medycyny dla zwierząt a po drugie uważam, że to jest typowo męskie, gówniane zachowanie”. Zatrzaskuje okno. Czy już nadmieniałem, że jesteśmy w Berlinie, w dzielnicy Kreuzberg?
      W domu skradam się cicho koło leżącej, wyczerpanej kotki, próbując zapobiec głośnym krokom, które mogłyby na nowo obudzić jej popęd. Pożądliwie, ale ze zmęczeniem, patrzy w góre na mnie. I atakuje znów o trzeciej. 
       Słabo przypominam sobie, że Sejong wtrąciła w jakimś zdaniu, że koty są do dziesięciu dni w rui. Ta nagła decyzja o wyjeździe robi ją wysoce podejrzaną. Bez wątpienia prowadzi ona ze swoją kotką wspólny kalendarz menstruacyjny; wpadłem w pułapkę. 
       Przemęczony, próbuję ranem uruchomić piec. Dlatego też muszę otworzyć okno, co natychmiast przyciąga koty. Stojąc na parapecie tylko czekają na to, aby móc się rzucić w dół. Koty są już takie. Wiedzą, że im się nic nie stanie. Kiedy skoczą z trzeciego piętra, też nie.

Przeciwnie: stwierdzono, że dla kotów bezpieczniej jest skoczyć z trzeciego piętra, niż z pierwszego. Im wyżej, tym więcej mają one czasu rozpostrzeć futro, i lądować jak żywy spadochron. Optymala wysokość leży przy trzech tysiącach metrów, potem jest zderzenie nawet dla grubego kota za twarde. 
      Przez chwilę ogarnia mnie ochota strącić je  w dół. W ten sposób pozbyłbym się problemu z kotami. Ale prawdopodobnie też Sejong. Postanawiam zaniechać, zamiast tego idę kilka razy do pokoju, aż węgiel jest dostatecznie zaopatrzony w tlen i może dalej płonąć. Ponieważ zapomniałem otworzyć klapę wentylacyjną trwa to prawie całe przedpołudnie. Potem troszczę się o kocie ubikacje. Jedna jest mała a druga duża. Analogicznie jak koty. Szuflą wyławiam kocie odchody. Wydaje mi się, że jestem płukaczem złota, odór pominąwszy.
      Po tym, jak wszystko jest gotowe, przychodzą koty, obwąchują krótko czyste skrzynki i zasrywają je znowu do pełna. Mały do dużej skrzynki, duży do małej. Mały trafia, duży nie. Delikatny, jasnobrązowy ślad ciągnie się poprzez emalię. Postanawiam czekać, aż będzie ciemnobrązowy i popękany. Będzie łatwiejszy do zdrapania. W międzyczasie przynoszę żarcie dla kotów. Sejong na pewno zapomniała je kupić. Brakuje też kamieni do kociej ubikacji. Tak samo jak węgla. Brakuje własciwie wszystkiego. Ale taka piękna, jaka jest Sejong, nie odgrywa to roli.
      Z powodu trzydziestu kilo kamieni do kociego klozetu wywichnąłem sobie prawie ramię, dwadzieścia kilo węgla po drugiej stronie dodało mi trochę równowagi. Wokół szyi uwiesiła mi sprzedawczyni worek z żarciem dla kotów. 
       W mieszkaniu stwierdzam, że piec znowu zgasł. Zapomniałem zamknąć klapę wentylacyjną. Poza tym koty są głodne. Wrzeszczą i próbują ugryźć mnie w nogę, kiedy nie udaje mi się szybko otworzyć puszki. Czyszczę ubikacje, koty przychodzą nażarte i zasrywają je znowu po brzegi. Potem zajmuję się piecem, otwieram klapę z powodu tlenu i blablabla, i nagle wpada mi do głowy, że właściwie to musiałbym być od dłuższego czasu w drodze do pracy. Istnieje przecież jeszcze życie poza tym kocim światem, tylko ja o nim zapomniałem. W zbyt wielkim pośpiechu wyruszam w drogę. Po ciężkim, pracowitym dniu powracam do domu i ogarnia mnie strach. Czy zamknąłem okno w pokoju? Niestety nie. Przed wejściem do domu siedzi gruby kot bojowy i miauczy nerwowo w moim kierunku. Skoczył w dół, przeżył i teraz czeka, aż zaniosę go do góry. Uświadamiam sobie, że każde posunięcie muszę teraz dobrze przemyśleć. Jeden błąd i kot zwieje. Nie mam pewności, że Sejong zrobi ze mnie swojego kochanka, ale kiedy kot zwieje, mogę o tym zupełnie zapomnieć.
     Stawiam plecak na ziemię i zbliżam się kilka centymetrów w kierunku miałczącego kota. Gwiżdżę przy tym cicho, chcąc wzbudzić wrażenie niefrasobliwości. Czynię tak, jakbym miał dla niego w torbie smakołyki. Strategia powodzi się. Półtora metra oddalony rzucam się do przodu i chwytam go za tylne nogi. Rozpoczyna się zagorzała walka, którą, z podrapaną twarzą wygrywam. 
      Dopiero co wrzuciłem do mieszkania gwałtownie broniące się zwierzę, natychmiast znika ono pod jedną z szaf. W tym momencie nie wiem jeszcze, że zgubiłem mój plecak na ulicy i nigdy więcej go nie odnajdę. 
      W nocy zostaję rozbudzony odgłosami kopulacji. Dwa koty spółkują ze sobą. Przez chwilę patrzę zirytowany na poruszające się ciała. I wtedy dostrzegam wykastrowanego kocura, który tak jak ostatniej nocy gapi się osowiały przed siebie. Przyniosłem obcego kocura do mieszkania! Sejong wykastruje mnie za to.
      Para kochanków stęka jeszcze raz głośno i kończy. Kocur zsuwa się na stronę i natychmiast zasypia. Kotka idzie do łazienki i obsrywa ścianę. Jestem zgubiony! W potrzebie szukam jeszcze raz nocną aptekę. Młoda aptekarka otwiera małą szybę.
„Czy ma pani „pigułki po”?” pytam.
„Te mamy tylko na receptę.”
„To ma być dla kota.”
„Perwersyjna świnia!”  Znowu zatrzaskuje okno a ja czuję się strasznie staro.           

W mieszkaniu siedzą przede mna trzy koty i mierzą mnie wzrokim. Są głodne. Otwieram dwie puszki i napełniam miski. Jeden z dwóch grubych kotów musi zniknąć. Ale który?
      W pewnej mierze różnią się one od siebie. Ale mimo najlepszych chęci, nie wiem, czym. Nigdy nie potrafiłem zapamiętać twarzy a już w ogóle żadnych owłosionych. Podczas pozostalych dziewięciu dni próbuję, za pomoca różnorakich testów, wywnioskować, który kot należy do Sejong. Test sensoryczny, test stymulujący. Bez powodzenia. Seksualnie zaspokojony kocur zachowuje się jak wykastrowany, seksualnie zaspokojona kotka obsrywa ścianę tak samo, jak sfrustrowana. I nocą wszystkie koty są szare. 
      Pewnego dnia decyduję się na jednego z dwóch grubych kotów. Pomimo, że się gwałtownie broni, sadzam go w tym miejscu, w którym go znalazłem. I szybko uciekam.
      Sejong przyjeżdza brązowa, jak orzech laskowy, jej romans urlopowy  uśmiecha się do mnie szyderczo. Pyta, czy miałem problemy z kotami. Zaprzeczam. Przecież zajmowałem się kotami, kiedy ona robiła jeszcze w pieluchy. Jako małą pamiątkę z podróży daruje mi praktyczną rolkę do czyszczenia ubrań i zauważa, że jej mała Lisa przytyła. I że Curtis, ten gruby, jest inny niż zwykle. Że wygląda inaczej i inaczej się zachowuje. Próbuję jej wyjaśnić, że my wszyscy się zmieniamy. I przede wszystkim, że nic nie jest tak, jak byśmy chcieli.